Bosman Te-Trisa słuchał

Autor: Bartek Osman 18/03/2013 00:00

Przemyślenia przerywa mi dźwięk dzwonka do drzwi. Siejo zgodnie z obietnicą przybył, aby wprowadzić mnie w klimat wydarzenia wieczoru. Przez blisko godzinę popijaliśmy wspólnie „wodę ognistą”, a Michał po kolei zaprezentował mi, jakie kawałki powinienem znać przed koncertem. Jednak wszystko, co dobre, szybko się kończy i tuż po godzinie 21 znaleźliśmy się w autobusie jadącym w stronę Chilloutu. 

Na miejscu czekał już na nas wspólny kolega Adrian, którego dawno już nie widzieliśmy w zacnej stolicy województwa świętokrzyskiego. Prawie od razu weszliśmy do klubu. W środku natrafiliśmy na kolejnego znajomego – Grześka i w takim o to składzie pokrzepiliśmy ciało oraz ducha złocistym, chmielowym napojem orzeźwiającym. 

Sam klub sprawił dobre wrażenie, aczkolwiek jest dosyć ciasny. Ludzie zgromadzeni w  pubie byli nadzwyczaj mili, a po ich wyglądzie nie sposób poznać, że zjawili się tutaj z powodu koncertu. Nie powiem, miłe zaskoczenie. Spodziewałem się obecności krótko obciętych, mało sympatycznych oraz nieco „przypakowanych” panów w dresach, tymczasem takich w Chilloucie tego wieczoru nie uświadczyłem. Na gwiazdę wieczoru nie musieliśmy długo czekać. TeTris już po 30 minutach pojawił się na scenie.

Od razu „zainstalowaliśmy” się tuż pod sceną. No właśnie – scena. Podest o wysokości kilkunastu centymetrów, długości ok. 2 metrów i mniej więcej takiej samej szerokości. Dla osoby przyzwyczajonej do koncertów rockowych, gdzie na deskach muszą zmieścić się głośniki, efekty gitarowe, wzmacniacze, perkusja, mikrofony no i rzecz jasna muzycy – takie maleństwo może być niemałym zaskoczeniem.

W tym miejscu muszę wspomnieć także o nagłośnieniu, które okazało się być całkiem dobre. Może nie tak głośne jak do tego zdążyłem przywyknąć, ale przecież hip hopowcom nie zależy na uderzeniu z głośników, które będzie zrywać czapki z głów. TeTrisa było słychać wyraźnie, dało się rozróżnić bez problemu poszczególne słowa. Gorzej rzecz się miała w przypadku „poga”, ale w końcu on występował tylko w charakterze wsparcia. Adrian, co prawda narzekał, że podkład mógłby być głośniej, ale dla mnie był w sumie idealny.

Co do „wykonu” poszczególnych kawałów, nie mogę absolutnie się do niczego przyczepić. Pełne zaangażowanie muzyków, zero odpuszczania, ściemy czy czegoś w tym stylu. Kontakt z publiką świetny. Dużo uśmiechów, żartów i rozmów z fanami. Pozytywne wibracje czuło się w powietrzu od pierwszych do ostatnich minut koncertu.

Wybór kawałów również był powalający. Po reakcji publiczności widać było, że TeTris zaprezentował wszystkie swoje najbardziej znane i lubiane utwory. Również te pochodzące z nowej, dopiero, co wydanej płyty. Co chwila zaskakiwały mnie reakcje słuchaczy. Dużo skakania, wspólnego śpiewania i krzyku, czyli to, co misie lubią najbardziej. Największym minusem koncertu była pora jego rozpoczęcia, tuż po 24.

Po zakończonym występie, kolejna miła rzecz ze strony gwiazdy wieczoru. Przez kilkanaście minut TeTris był bezproblemowo dostępny dla publiki. Żadnego gwiazdorskiego pozerstwa ani lekceważenia fanów z jego strony nie można było uświadczyć.

Podsumowując, naprawdę chciałem ten koncert ocenić negatywnie. Pokazać, że przez te wszystkie lata miałem rację uważając, że hip hop nie jest muzyką ambitną, ciekawą etc., etc. Ale.. Po prostu nie mogę, bo bym skłamał. Jak wszyscy dobrze wiemy kłamać i oszukiwać nie wolno. Dlatego w moim osobistym odczuciu, używając szkolnej skali ocen, koncert ten zasługuje na naprawdę mocne 4 z plusem. Na koniec zaś, chyba najlepszym podsumowaniem całej tej zabawy z wymianą doświadczeń koncertowych, będzie cytat z TeTrisa: „Jeśli to masz, to ludzie to czują, bo najważniejsze to, co nosisz pod skórą”.