Okiem czytelników: Publiczność nie dała za wygraną

Autor: Redakcja 21/07/2013 07:40

Pamiętam jeden z występów Kata w stolicy województwa świętokrzyskiego. Kiedy Roman Kostrzewski po raz kolejny rozgadał się na tematy mniej i bardziej ważne, usłyszał z tłumu soczyste: – Graj kur…! – zachęcamy również do zapoznania się z naszą relacją (TUTAJ).

Zapraszamy także do fotogalerii (TUTAJ).

Uwaga! Tekst nie był poddawany korekcie redakcyjnej. 

***

Widok zespołu Almanah mówi sam za siebie – wokal Piotra Krzemińskiego będzie świetny i „zdrapany”, gitary rewelacyjne. Ale w tym przypadku zupełnie niesamowicie wypada perkusja – mam wrażenie, że Jan Krzemiński po prostu rozwala knajpę. Jak na rozgrzewkę przed koncertem Ankh, to publiczność jest już rozruszana i trudno się temu dziwić. Do tego gitarzyści bawiący się w „synchrony” i po prostu konkretne mocne granie.

A dalej jest Koloroffon i coś z zupełnie innej bajki. Klasyczny wokal w połączeniu z elektronicznymi dźwiękami kojarzy się żywo z Klausem Nomi, tyle że w osobie Katarzyny Czyżewskiej mamy żeńską i znacznie piękniejszą wersję. Scat wbija w ziemię i tylko w pewnym momencie wydaje mi się, że za dużo tego szczęścia – jest i wokal klasyczny, i melorecytacja, i wokaliza... Utwory czasem zbyt popowo brzmiące, ale psychodeliczny nastrój naprawdę mi się dziś udziela. Perkusja na szczęście tylko chwilami brzmi jak automat.

Ankh samym swoim wejściem robi wrażenie, młodzież pod sceną chyba tylko czekała, żeby zaprezentować pióra. Wystarczy Wiara i już cały Woor jest rozgrzany do czerwoności, dalej seria do tekstów Baczyńskiego, elektryczne skrzypce wywołują euforię, „Kawałek Jelonka, ale daje radę!”, słyszę obok siebie, Bez imienia to już zupełny amok. Na Love supreme znowu poddaję się mojemu dzisiejszemu psychodelicznemu nastrojowi, tempo wyraźnie zwalnia pod sceną, aż zaskakująco, żeby ponownie wybuchnąć na Czekając na słońce, wszystko i wszyscy wokół skaczą. Chleb i krew sprawia, że publiczność przypomina nakręcane zabawki – gwałtowny wyrzut energii, żeby znieruchomieć do kolejnego naciśnięcia.

Przy końcu koncertu robi się refleksyjnie, skrzypcowo, po raz kolejny dzisiejszego wieczora wokaliza, jeszcze jedno nakręcenie zabawek i jakby zbyt nagłe zakończenie... Ale publiczność nie daje za wygraną i na koniec mamy jeszcze nakręcającą Pieśń o wędrówce i skrzypce wzbudzające ekstazę.

Stojąc przed Woorem przyglądam się jak fajerwerki idą w niebo... To się nazywa zakończenie!

Agatonku

***

My natomiast zachęcamy Was do opisywania i przesyłania nam swoich spostrzeżeń dotyczących imprez na terenie województwa świętokrzyskiego i nie tylko! Byliście na festiwalu międzynarodowej rangi? Chcielibyście odnieść się do sytuacji związanej z lokalnym rynkiem muzycznym?