RoCKonline.pl na trasie: IRA w wersji SOFT

Autor: Monika Sobieraj 08/04/2014 19:40

No bo jak to? Ira bez mocnego Mojego domu i tej energii płynącej z kawałków, które tłum krzyczał, a pot z czoła spływał? A jednak po pierwszych dźwiękach ta sama energia popłynęła ze sceny, a tłum wzburzony krzyczał, że mój Bóg ma w dłoniach błyskawice. W niedzielny wieczór, dnia 9 marca krakowski klub Lizard King zapełnił się po brzegi fanami Iry, począwszy od kilkulatków, a na (tak przypuszczam) emerytach skończywszy. 

W zasadzie na krakowskich koncertach Iry spotyka się w większości te same twarze, tę samą kilkuletnią dziewczynkę pod sceną i „dużego” pana z dumą eksponującego tatuaż z nazwą zespołu na pokaźnych rozmiarach ramieniu. Stwarza to dość „kameralną atmosferę”. W zasadzie tego koncertu można było wysłuchać siedząc w fotelu z zamkniętymi oczami, jednakże Lizard King, mimo że pojemny, takich luksusów dla widowni nie przewidział. Sama stałam na stopniach schodów, jedną ręka trzymając za ramię stojącego przede mną kolegę, a drugą koleżankę, która z kolei trzymała się barierki, żeby zachować jako taką równowagę. Tak balansowałam połowę występu, co skutecznie mnie rozpraszało i nie pozwalało skupić się w 100 procentach na muzyce. Potem sprytnie przykleiłam się do barierki i uczta mogła trwać na dobre.

Koncert przyciągnął fanów w ilości, która ledwo ledwo pomieściła się na sali – oczywiście w przeróżnych konstelacjach ciał. Zresztą, bilety rozeszły się w oka mgnieniu. Oprócz zagorzałych fanów Iry, część publiki przyszła pewnie z czystej ciekawości, bo to pierwszy w Krakowie, a drugi w ogóle koncert akustyczny radomskiej grupy. Sama poszłam tam w równej mierze z miłości i zaintrygowania. 

Rewelacyjna aranżacja utworów, wymieszana ze smakiem z rockowymi brzmieniami, perkusista nadający dynamiki, jaka porwała publiczność bez reszty. Gadowski jak zwykle bezbłędny, zarówno jeśli chodzi o wokal, jak i kontakt z publicznością. Klimatyzacja trochę zawiodła… taki jedyny minus, jeśli już miałabym się obiektywnie do czegoś przyczepić.

irairaira44

Ira to jeden z najpopularniejszych zespołów, a szybkie zaklasyfikowanie się do czołówki polskiego rocka zagwarantowały jej trzy złote płyty oraz jedną platynową, a także krążek koncertowy IRA Live. Jednakże jeśli chodzi o sprecyzowanie gatunkowe muzyki jaką grają, sprawa trochę się komplikuje. Ich styl ewoluował, zanim stworzyli „coś” nadającego im indywidualnego charakteru. W początkowej fazie działania kapeli widać wyraźnie fascynacje grupą Bon Jovi, czego sami muzycy nie kryli, toteż pierwszy krążek to głównie amerykański heavy metal (wtedy w Polsce niezbyt popularny). 

Drugi album „Mój dom” to już mieszanka hard rocka, rock'n'rolla i heavy metalu. Przy pracy nad tym materiałem kształtuje się ich charakterystyczny styl, a płyta obfituje zarówno w ostrzejsze kawałki jak i nastrojowe ballady. Od tamtej pory taka mieszana konstrukcja będzie przewijać się przez kolejne albumy. Wyjątek stanowi czwarta płyta „Znamię” charakteryzująca się ciężkimi brzmieniami, zahaczając o thrash metal i bezwzględnie rezygnuje z nastrojowych ballad. Znamienne jest również to, że utworów z tej płyty na ogół nie usłyszymy na koncertach radomskiej grupy. 

Podczas siedmioletniej przerwy w działalności zespołu, Artur Gadowski zajął się karierą solową i przeszedł w obszar rockowo-popowy. Powstały wtedy kawałki Szczęśliwego Nowego Jorku czy Ona jest ze snu. Podróże muzyczne Gadowskiego wniosły trochę łagodniejszych brzmień. Do kolejnych albumów wkradł się pop, który już w mniejszym lub większym stopniu przy kolejnych produkcjach pojawiał się sukcesywnie. 

Z kolei płytami „Ogień” i „9” Ira znów podkreśliła swój rockowy charakter i zwróciła się do korzeni. To balansowanie między gatunkami jest widoczne na obszarze całej ich twórczości. Wyciągając tak zwaną średnią, najbezpieczniej chyba ulokować ich w szerokim zakresie muzyki rockowej z dopiskiem, że formacja przez lata swej pracy poszukiwała nowych brzmień, eksperymentowała. Owe drogi poszukiwań nieraz wkraczały w inne obszary muzyczne. Nie można im jednak odmówić dominacji rockowego ducha oraz energii nawet w akustycznych aranżacjach. 

Ira z łaciny oznaczająca „gniew”, „zło” miała charakteryzować kapelę stworzoną  w Radomiu tak naprawdę przez gitarzystę ekipy – Kubę Płucisza. Nazwa bardzo często bywała kojarzona z Irlandzką Armią Republikańską. Jednakże biorąc pod uwagę nasze realia, można jedynie stwierdzić, że Ira wywalczyła mocne stanowisko w armii gigantów polskiego rocka.

Monika Sobieraj

Fot. Patryk Ptak