Woodstock? Byliśmy sparaliżowani

Autor: Redakcja 02/03/2019 15:31

To kapela, która zdecydowanie należy do grona kochanych, bądź z miejsca wpisywanych na najczarniejszą listę współczesnego świata. Chociaż, słuchając ich najnowszego kawałka „Czarna czerń” i to nie powinno im sprawiać problemów. Właśnie wydali krążek „Randka w ciemność”, która najpewniej przyciągnie jeszcze więcej tłumów na ich koncerty. Ale jak sami zaznaczają, początki kapeli nie były łatwe. Jak sami mówią: – Jeździło się za swoje pieniądze, spało w samochodzie, albo wracało po nocach, grało za piwo, bądź bilety po dziesięć złotych przy czym i tak całą gażę zgarniał akustyk nagłaśniający. 

RoCKonline.pl: Jako zespół jesteście trochę jak taki łącznik z latami 90 tymi. Takimi zespołami na polskiej scenie muzycznej jakim były Hey, Illusion czy Ira. Ich koncerty też były wysprzedawane. Każdy się jarał, że idzie na koncert. Jak to jest, że po przeszło 20 latach pojawia się zespół, który non stop ma pełne sale?

Artur Pochwała: Kurde, jakbyśmy wiedzieli to byśmy mogli  książkę napisać „Porady dla muzykantów” (śmiech). Nam się wydaje, że kluczowym znaczeniem są teksty. Piszemy po polsku i co więcej – piszemy z przymrużeniem oka, bo na koncerty Kochanka sami metale nie przychodzą… Można spotkać w jednym rzędzie ortodoksyjnego metala – glany, długie włosy, płaszcz, obok dziewczynę ubraną na różowo, a za chwile ziomeczek w czapeczce z daszkiem.

Artur Żurek: Albo babcię, która ma około 60 lat i to też jest fajny widok… ale dzieci też się zdarzają.

AP: Grupa docelowa Nocnego Kochanka jest zróżnicowana. Dla każdego, kto ma ochotę, kto posiada trochę dystansu i poczucia humoru podobnego do naszego.

AŻ: Poza tym, polskie społeczeństwo, jakby na to nie patrzeć, dużo ma wspólnego z alkoholem (śmiech). Temat jest dość często poruszany w naszych numerach. Myślę, że decydujące w tym wszystkim są przede wszystkim długie lata pracy chłopaków jeszcze w czasie, gdy nie było mnie w zespole. Teraz to przekłada się na doświadczenie.

AP: Gramy z Arkiem (Arek Majstrak, gitara – przyp.), Krzyśkiem (Krzysiek Sokołowski, wokal – przyp.) od 2003 roku.

Wyprzedawane koncerty to jedno. Wasz występ podczas Pol n' Rock 2018 cieszył się największym zainteresowaniem publiczności, czego dowodem jest Złoty Bączek. Daje kopa?

AP: Tak naprawdę to mało co pamiętamy z tego koncertu…

Ale mieliście stres?

AP: Tak, był. To musimy przyznać. Dużo scen mamy ogranych. Wiemy co i jak. Ale jak wychodzisz na scenę, widzisz „morze” ludzi, które nie ma końca… To zdecydowanie robi wrażenie. Zagraliśmy 70 minut, które zleciały nam błyskawicznie. Jest koncert i zaraz jest po koncercie. Co do Złotego Bączka, to było jakieś osiem miesięcy czekania, śledzenia jak to idzie. Wiedzieliśmy, że mamy przewagę, ale nie byliśmy przekonani, czy otrzymamy to wyróżnienie.

AŻ: Dla mnie to był pierwszy „Woodstock”,bo chłopaki grali już tam kilka razy. Gdy wyszedłem na scenę to powiem szczerze – zamurowało mnie. Spodziewałem się,że ludzi będzie dużo, jednak przerosło to moje wyobrażenie. Było to dla mnie ogromne „WOW”,gdy zobaczyłem ten bezkresny tłum pod sceną, poczułem się niesamowicie. Zwykle przed graniem mamy stres, ale jak zaczynamy grać, to mija. A tutaj trzymało mnie przez cztery kawałki. Byłem sparaliżowany.

AP: Na klubowych koncertach, czy to podczas Juwenaliów, albo plenerów wiosennych masz limity. Tutaj ludzi nie było końca i nie ma to w zasadzie znaczenia, czy były to 2 miliony, czy może jednak 500 tysięcy.

Promujecie „Randkę w Ciemność” – trzeci album studyjny. Jest coś takiego, że trzecia płyta jest swego rodzaju podsumowaniem i świadczy o dojrzałości muzycznej albo… jej braku?

AP: Kochanek w sumie powstawał jakiś czas. Nie było tak, że stwierdziliśmy: „teraz będziemy zarabiać pieniądze, bo trzeba z czegoś żyć i tak dalej”. „Minerał” (Minerał Fiutta – przyp.) powstał w 2012 roku, a potem minęły tak naprawdę dwa lata zanim powstał „Wielki Wojownik”. Więc to nie było tak, że od razu poszliśmy z tematem,bo to fajnie, bo to ludziom się podoba. My też do końca nie mogliśmy się przekonać, czy taka konwencja jest okej. Jeździliśmy z Braćmi Figo Fagot jako Night Misterss po prostu, bez zacięcia jako Nocny Kochanek,ale kiedy graliśmy „Minerał”, interakcja z publicznością była zupełnie inna. Potem zrobiliśmy „Wojownika”, a dalej tropem „Wojownika” poszedł „Andżej”. Później powstał „Wakacyjny” i tak naprawdę to była połowa płyty. Stwierdziliśmy, że czujemy się w tym dobrze, ludziom się to podoba i widać, że chcą tego. Dlaczego zatem nie spróbować.

Jak to napisał u nas na FB nasz redakcyjny kolega: „(…)I znowu wpierdol, dobra płyta, nagrana z odpowiednim dystansem. To ciekawe, że choć heavy metal jest w głębokiej defensywie, Nocny Kochanek ma się bardzo dobrze”. Jak oceniacie ten okres cały okres po wydaniu drugiej płyty NK, bo był to i nadal jest intensywny czas.

AP: Od lutego 2017, do września 2018 roku praktycznie cały czas graliśmy koncerty. Nie licząc krótkich epizodów na jakiś urlop w lipcu, czy święta, cały czas gdzieś jeździliśmy. Ten materiał powstawał bez przerwy. Śmiejemy się z chłopakami, że głównie w „w busie”. Ale tak było. Ostatni plener zagraliśmy 15, albo 16 września 2018 roku, a tydzień później już były nagrywane bębny w studio.

Mamy pewien komfort, ponieważ Kazon ma swoje domowe studio, które jest naprawdę profesjonalnie wyposażone. Nazywa się EngryBirds Studio – tutaj reklama (śmiech). W chwili, gdy tylko pojawi się pomysł, zarys melodii, to Kazon po powrocie z koncertu siada i nagrywa. Dlatego pomysły nam nie giną, możemy je odsłuchać na telefonach, czy komputerze.

AŻ: Jak przyszedłem do chłopaków to też byłem zwolennikiem pracy w domu. Jak Kazon coś zarejestrował, odsyłał do nas i każdy wiedział co ma robić u siebie.

AP: Jak to Żurek powiedział – mamy komfort pracy, bo możemy coś doszlifować.Jak coś się nie podoba, na bieżąco to omawiamy. Kazon dogrywa, jest wysyłana kolejna wersja, aż wreszcie pojawia się ta finalna, która wszystkim pasuje. Potem każdy się przygotowuje i uczy materiału. I nie musimy się spotykać na próbach w polowych warunkach, męczyć się z poziomami głośności. W domu też się fajnie gra z „empetrójką” (śmiech). Finalnie każdy wie co ma grać i jak zabrzmieć.

AŻ: Oczywiście, to nie jest to samo. Już po wydaniu płyty zrobiliśmy próby z nowym materiałem. Ale umówmy się – wychodząc przed ludzi zawsze jest to inna energia, inaczej człowiek to czuje. Wiec tak naprawdę całe ogranie i zgranie przychodzi na koncertach. I chyba idzie to dobrze, ku dobremu.

Pojawiła się woda sodowa?

AP: Chyba nie…

AŻ: Mineralna, niegazowana (śmiech)

Nie kupiłeś sobie jeszcze czerwonego Ferrari?

AP: Nie, czerwonego Opla (śmiech). Mamy swoje podejście do tego, bo często się spotykamy z komentarzami typu: „O! Dzieci bogatych rodziców, dostali gitary i sobie grają w jakiś skórkach z sieciówek”. To nie tak. Zanim doszedł do nas Żurek, pracowaliśmy na nasze wyniki od 2003 roku. To nie był tak łatwy kąsek do ugryzienia. Takie mieliśmy czasy, że jeździło się za swoje pieniądze, spało w samochodzie na parkingach, albo wracało po nocach, grało za piwo, bądź bilety po dziesięć złotych przy czym i tak całą gażę zgarniał akustyk nagłaśniający... Mamy w pamięci ile trudu i poświęceń to od nas wymagało, dlatego teraz to bardziej szanujemy. Owszem, były chwile zwątpienia, pytania „co dalej”.

AŻ: Przerabiałem to samo. Też spałem w samochodzie tylko, że jeździliśmy starym kombi Passatem (śmiech). Dlatego bardzo doceniam to, że wszystko teraz tak wygląda. Podobało mi się to w chłopakach od samego początku, że bardzo dużo inwestowali w sprzęt. Teraz mamy już wszystko swoje jeśli chodzi produkcję sceny. I za to czapka z głów! Sodówka chłopakom nie uderzyła, mnie tym bardziej. A mieszkałem całe życie w starej kamienicy w Łodzi i tych pieniędzy też nie było. Nie byłem bogaty, a chłopaki z tego co mi wiadomo też nie, chyba, że ukrywają przede mną miliony (śmiech).

Rodzice mogli w Mesko pracować. To już było bogactwo…

AP: Oczywiście, moi pracowali oboje. Człowieku, wchodzisz do nowego mieszkania bloku w 1992 roku, a tu kuchenka Mesko, sokowirówka Mesko (śmiech).

AŻ: o Jezu, ja sokowirówki do tej pory nie mam, rodzice też nie.

AP: ja też nie mam, bo to nie moje mieszkanie było (śmiech).



Koncerty macie w weekendy. W tym czasie spędzacie ze sobą 24 godziny na dobę. Nie macie czasami siebie dość?

AP: Lubimy wspólne towarzystwo wiec nie męczymy się sobą. Nie jesteśmy produktem muzycznym zarobkowym tylko dla jednego sezonu i nie zarabiamy pieniędzy dla całej rzeszy ludzi ukrytych z tyłu. Lubimy to, co robimy i lubimy siebie, więc nie jesteśmy ze sobą z przymusu, tylko z chęci.Nie widzimy się na co dzień dlatego, że nasza trójka przebywa w Warszawie, Żurek mieszka w Łodzi a Arek w Skarżysku, więc zjeżdżamy się dopiero na weekendy.

Będzie trasa zagraniczna promująca Randkę w Ciemność?

AŻ: Chyba już możemy powiedzieć coś na ten temat.

AP: Tak, będą koncerty tej jesieni zagranicą. Będziemy w Niemczech, Holandii, a także w Wielkiej Brytanii. Tych propozycji i zapytań od ludzi, którzy gdzieś tam słuchają naszej muzyki jest sporo, z całej Europy. Nie wszędzie są one możliwe i nie jest to takie proste. U nas w kraju jest trochę łatwiej, bo już jesteśmy marką rozpoznawalną i kluby chętnie reagują na zapytania. Poza Polską panuje jakiś strach… 

Bardziej Polonia?

AP: Tak. Zwłaszcza, że jedziemy tam z Kochankiem, a nie z Night Mistress. No, ale udało się ostatnio zagrać trzy koncerty w Wielkiej Brytanii – Londyn, Brsitol, Manchester.

Byliśmy na Waszym koncercie w Bristolu– Open Flames Festival 2018 gdzie graliście m.in. z Kabanosem. 

AP: Podobało się?

Świetny koncert. Pełna sala ludzi. (foty tutaj)

AP: Tam było ze 300 osób. To dużo jak na taki mały klub. Pamiętamy w Bristolu ludzi z ochrony. Stali pod sceną w trzech, albo czterech.Ubrani w obowiązkowe angielskie uniformy ze słuchawkami w uszach. Ludzie pod sceną przy nich machali rękami, bawili się, a oni po prostu poczciwie cały koncert nic, zero emocji. Duży plus, że udało się to zorganizować. Wcześniej zagraliśmy w Berlinie i Monachium. Było sympatycznie i fajnie, więc chętnie wrócimy.

Na koniec chciałbym zmienić trochę temat rozmowy. Pochodzicie ze Skarżyska. Oprócz was jest też Happysad.Czyli mamy zespoły, które osiągnęły sukces, a w kolejce ustawiają się następne. Plus Semafor, który istnieje od stuleci, zloty motocyklowe. Skarżysko jest miejscem gdzie na jeden metr kwadratowy jest kilku muzyków, gdzie muzyka rockowo-metalowa ma się dobrze.

AP: Coś w tym jest. Jest też MiR, który grają spoko. Jest Raincoat. Chłopaki tutaj w Kielcach odbierali nagrody. Nawet graliśmy razem. Pamiętam czasy jak chodziliśmy z Arkiem na koncerty Happysadu, bo bardzo lubiliśmy ich występy. To było w okolicy 2002 i 2003 roku.

AŻ: To mnie jeszcze na świecie nie było (śmiech).

AP: Na Happysad bilety były po 5/7 złotych. Potem chłopaki pojechali do Warszawy i się to jakoś ułożyło. Ale korzenie zostają w Skarżysku. Podobnie jak u nas – ich trzech ze Skarżyska, a w kapeli sześć osób.

AŻ: Utalentowanych muzyków w Polsce mamy naprawdę wielu, niezależnie od tego, czy mówimy o Skarżysku, Kielcach, albo Łodzi. Problem w tym, że ogromne grono wciąż tkwi w podziemiach.

AP: Chociaż są zespoły, którym tak wygodnie. Uważają, że jest za późno na podjęcie odważnego kroku w tym kierunku. My natomiast staraliśmy się, dążyliśmy do tego, w pewnym momencie postawiliśmy wszystko na jedna kartę. Na szczęście udało się i działa.

Dla odmiany w Łodzi jest Coma, Power of Trinity, Blue Cafe, Varis Manx…

AŻ: W Łodzi jest podobnie. Te, które wymieniłeś to w ogóle dla mnie top. Uczyłem się u Adama Marszałkowskiego. W ogóle, pozdrawiam bardzo serdecznie! Zdolny bębniarz i góra wiedzy. Boże, w sumie kto u niego w Łodzi nie uczył grać na bębnach. Także, tych zespołów jest dużo, a że dołączyliśmy do tego grona, którym się udało, to tylko się cieszyć.

Dziękuję za rozmowę

AP i AŻ: Dziękujemy

Rozmawiał Grzegorz Ksel

Foty z koncertu Bohomass Lab - tutaj